Niestety nie wiem kiedy napisze kolejną część, puki co mam jeszcze sesje i egzaminy poprawkowe a także jestem troszkę zajęty projektem Morrowind o, którym wcześniej wspominałem. Co do drugiej części M.O.H.E.R.A to na razie ma tylko kilka pomysłów, które znalazły by się w opowiadaniu , nie mam jeszcze żadnego głównego wątku na powiadania wiem tylko jedno w przeciwieństwie do tego co teraz spłodziłem będzie tylko podział na dwie części ( czyli na przeszłość i teraźniejszość ) nie będzie żadnego snu tak jak o zrobiłem teraz. Jeśli ktoś miał by jakieś ciekawe pomysły na fabułę, albo jakąś ciekawą sytuacje którą można by było umieścić w opowiadaniu to proszę pisać na mojego e-maila.
Życzę miłego czytania dokończonego już opowiadania M.O.H.E.R.
M.O.H.E.R.
Che-Gevara
Paweł wstawaj! – ze schodów rozlegał się głos mojej mamy. Wołała wystarczająco głośno żeby mnie obudzić
-Paweł! Bo spóźnisz się do kościoła!
O boże to dzisiaj jest już niedziela! Zerwałem się z łóżka i zacząłem ubierać tak szybko jak nigdy w życiu. Zanim drzwi się otworzyły ja zdążyłem się ubrać i pozbierać najpotrzebniejsze rzeczy.
-Paweł, co z tobą? – zapytała moja matka stojąc już w drzwiach do mojego pokoju.
-Nic mamusiu –odpowiedziałem bo co innego miałem powiedzieć- dobra to ja lecę.
Z ziemi podniosłem plecak a dla jasności była to kostka
-A, co ze śniadaniem?
-Zjem w klubie, jak wrócę z kościoła
-No dobra tylko nie zapomnij - Upomniała mnie matka.
-Ta zapomnę o jedzeniu. Jakoś nigdy i się to niezdara –częściowo zażartowałem a częściowo stwierdziłem fakt bo uwielbiam jeść i jakoś nie wyobrażam sobie żebym zapomniał o tym że mam jeść.
Wyszedłem z pokoju zszedłem po schodach na parter i ubrałem w przedpokoju swoje ukochane glany, poczym zaraz opuściłem mieszkanie.
Kiedy oddaliłem się od domu na odległość wystarczająco daleko żeby mama niedojrzała mnie z okna to z plecaka wyjąłem paczką papierosów a konkretniej Vicków i zapaliłem sobie jednego w drodze na przystanek. Potem był drugi i trzeci a na przystanek wcale nie mam daleko. Kiedy tak szedłem pomyślałem sobie -To palenie mnie kiedyś zgubi.
Nie wiem czy moja mama nie wiedziała czy też nie chciała wiedzieć, że pale, nie obchodziło mnie to wtedy zbytnio a teraz mam to całkowicie w dupie. Niedługo po przyjściu na przystanek przyjechał autobus pełen starszych ludzi samych moherów, ale niestety niemiałem wyjścia musiałem z nimi jechać. Nie wiem jakim cudem te dziadki dopchały mnie do kabiny kierowcy, przecież to jest stare i schorowane a mimo wszystko w większej grupie poradzili sobie zemną. Z autobusu powstała tak zwana prze zemnie „sardynka” czyli ludzi było więcej niż miejsca a ja byłem w środku tego wszystkiego, a dokładniej przy szybie kabiny kierowcy a co gorsza z głośników w kabinie rozlegał się głos ROZGŁOŚNI.
ROZGŁOŚNI, którą rządził Rydz II ta stacja była włączona z powodu, że niebyło nic ciekawego na pozostałych dwóch stacjach które zostały po wielkich zmianach dokonanych przez Rydza I. za chwile miało się to zmienić na pewno nie na długo. Maksymalnie na godzinę, ale to zawsze jakaś odmiana po tym co słychać w radiu na co dzień , wciąż tylko te modlitwy i modlitwy. Spojrzałem na zegarek w kabinie kierowcy była 759 a o 800 za sprawką moją i kilku moich przyjaciół transmisja zostanie zagłuszona. Ta akcja która została przeprowadzona wczoraj w nocy tłumaczy moje zaspanie, ale oczywiście nikt nie mógł o tym wiedzieć poza osobami wtajemniczonymi bo zaraz by mnie wysłali na tak zwane „nauki chrześcijańskie”, które tak naprawdę były praniem mózgu ale wiedzieli o tym tylko nieliczni bądź zgarnęło by mnie OM a spotkanie z nimi jest gorsze od prania mózgu. Kojarzycie milicje za czasów socjalistycznych i te wszystkie tortury i wymuszanie zeznań ? na podobnej zasadzie działa OM. No ale odbiegłem trochę od tematy więc wróćmy lepiej na właściwy tor. Jechałem tak sobie i pomyślałem że za chwilę stacja zostanie zakłócona i kiedy tylko o tym pomyślałem z głośników zaczynał się wydobywać „szatański dźwięk” jak to nazywają moherowe babcinki, które zajmowały cały autobus. Zespół który był teraz nadawany w radiu za sprawką moją i kolegów to mój ulubiony a konkretniej KORN. Była 800 na mojej twarzy pojawił się leciutki uśmiech z satysfakcji, że wszystko zadziałało prawidłowo i że jednak nikt nas nie zobaczył w przeciwieństwie do tego, co mówił kumpel, który brał udział w tej akcji. Strasznie panikował bo wydawało mu się że kogoś widział a ja cały czas go uspokajałem że musiało mu się coś przywidzieć, ponieważ z pewnego źródła dowiedzieliśmy się że nikogo wtedy nie będzie w okolicy nadajnika.
-Nareszcie coś normalnego. -Usłyszałem głos zadowolonego kierowcy autobusu. Pomyślałem sobie że to jeden ze „swojaków” więc zapukałem w szybę.
-Panie kierowco!- Zawołałem żeby mnie usłyszał, on nie odwracając się otworzył małe okienko i zapytał
-Co jest młody?
-Panie kierowco może Pan to podgłośnić, bo to fajny kawałek jest.
-A proszę cię bardzo. -Po tych słowach kierowca pogłośnił radio tak, że wyraźnie było słyszeć muzykę. Reakcje moherów łatwo było odgadnąć, wszystkie przeklinały i wyzywały go do żydów i temu podobnych, ale kierowca był nieugięty i bardzo dobrze. Wysiadłem na swoim przystanku zadowolony, że cały plan poszedł po naszej myśli i w końcu można było posłuchać czegoś normalnego. Wysiadałem tam gdzie większość moherów było to o parę kroków od pewnego starego hotelu zwanego „Król”. Z przystanku zszedłem schodami na dół i skręciłem w lewo, Po kilkunastu metrach dotarłem do naszego kluby który na szczęście znajdował się naprzeciwko sklepu całodobowego więc zawsze można się tam było zaopatrzyć w coś do jedzenia, picia bądź w fajki.
Kiedy wszedłem do klubu pierwsza rzecz na jaką zwróciłem uwagę był plecak „kostka” z przypiętymi dwiema różowymi agrafkami do klapy plecaka. Niw wydziałem takiego wcześniej i nie kojarzyłem żeby ktoś z moich znajomych taki nosił, a mam dobrą pamięć do rzeczy mało ważnych bądź nieważnych a czasem tylko na pozór nieważnych a w istocie bardzo znaczących. Rzuciłem swój plecak obok i wszedłem w głąb klubu miał on kilka pomieszczeń gdzie jedno pomieszczenie miało wejście do następnego. Tak więc przeszedłem przez te pomieszczenia by dotrzeć do ostatniego znajdującego się na końcu ,które moim zdaniem było najbardziej przytulne. Po drodze mijałem swoich znajomych, ale byłem zmęczony po nocnej akcji żeby z nimi rozmawiać. Przywitałem się tylko z każdym i kierowałem się tam gdzie była kanapa i gdzie mógłbym się wyspać. Jedyna osoba z którą zamieniłem kilka zdań przed położeniem się na kanapie był Długi, który brał udział w nocnej akcji. Powiedział mi że wszyscy którzy byli wczoraj z nami przyszli dzisiaj do klubu za wyjątkiem Ripera, martwił się o niego bo mieliśmy wszyscy przyjść dzisiaj a on się jeszcze nie zjawił i nie odpierał komórki. Riper jest znany z tego że lubi wycinać różne numery władzy która rządzi obecnie w naszym państwie. To on wymyślił tą akcje z muzyką. Długi bał się że Riper się w coś wpakował i teraz jest w areszcie, w trakcie przesłuchania wsypie nas i będziemy mieli przesrane. Uspokoiłem go mówiąc mu że pewnie odsypia w domu wczorajszą noc i zaraz sam poszedłem spać.
Pamiętam że na krotką chwile obudziłem się bo poczułem coś na ręce jakby ktoś mi coś rysował więc nieznacznie otworzyłem jedno oko po pierwsze żeby ta osoba tego nie zauważyła a po drugie nie chciało mi się. Nie widziałem zbyt wyraźnie ponieważ nie chciało mi się zbytnio otwierać oka. Zauważyłem tylko, że osoba ta miała długie rudę włosy i była kobietą potem kiedy zamknąłem powiekę usłyszałem głos jakiejś dziewczyny który mówił
-Kaśka przestań bo się jeszcze obudzi. Domyśliłem się, że ta ruda dziewczyna to Kaśka.
Tutaj należy zrobić krótką przerwę i wyjaśnić wam pewną rzecz. Dziewczyna ta wcale nie nazywa się Kaśka. Nie chce zdradzać jej prawdziwego imienia z pewnych powodów o których również powinniście nie wiedzieć, a przynajmniej nie w obecnej chwili. Po sławach, które wypowiedziała ta nieznana dziewczyna z powrotem zasnąłem.
Kiedy się obudziłem było parę minut po 16. Jedyne co zostało po tych dziewczynach to różowa agrafka którą zabrałem ze sobą i nawiasem mówiąc mam ją do dzisiaj a na dłoni miałem namalowany flamastrem różowy kwiatuszek.
Zacząłem pytać się moich kolegów i znajomych o tom dziewczynę ale nikt nie mógł mi powiedzieć nic więcej niż sam wiedziałem, jedni odsyłali mnie do drugich inni nie wiedzieli nic. W końcu udało mi się razem z kumplem Jarkiem trafić na pewnego gościa. Nazywali go Prorok
* * *
-A jak ten gościu nie będzie nic wiedział to co wtedy?
-To wtedy będziemy dalej szukać tej twojej dupy
Drzwi otworzył nam gości w szlafroku z fryzurą, która chyba od pięciu lat niewidzianą fryzjera ani szamponu do włosów. To był Prorok.
Opis mieszkania Proroka nie jest zbyt ważny powinno wam wystarczyć jak powiem że podobnie jak Prorok było ono w klimatach regge, rasta i było całe zadymione od zioła.
Pokazałem Prorokowi agrafkę którą zgubiła ta dziewczyna. Po dłuższej chwili namysłu powiedział.
-Hmm….domyślam się o kogo wam chodzi. Ciężko ją będzie znaleźć ale najlepiej będzie jak jej poszukacie w…..- w tym miejscu Prorok zamilkł i zaczął uważnie czegoś nasłuchiwać. Teraz wiem że była to policja ale w tedy nie miałem zielonego pojęcia o co chodzi i w co się wplącze ale wierzcie mi że było wart.
- Gdzie ?! Gdzie mamy jej szukać ?! -wrzasnąłem na proroka bo nie mogłem już wytrzymać tego jak długo będzie on „tego czegoś” nasłuchiwał. To był błąd, wielki BŁĄD.
- Kurwa Mać ! Rudy kurwa przesuń ta szafę ja lecę zastawić drzwi.
Potem prorok wybiegł z pokoju i dłuższą chwile było słuchać jak przerzuca jakieś rzeczy
-Paweł! Pomóż mi kurwa!
Rudy a raczej Jarek jak ja go nazywałem tymi wrzaskami wyrwał mnie z osłupienia.
Podbiegłem pomóc mu przesunąć szafę która była nieziemsko ciężka. Nie to żeby była ona masywna tylko była tak napchana jakimiś gratami. Po odsunięciu szafy kazało się że jest za nią tajemny tunel wydrążony w budynku. Tunel ten mieścił na szerokość nie więcej niż jedną osobę i w dodatku musiała ona iść na kolanach a długość jego wynosiła około pięciu metrów.
-Rudy!!
-Co?!
-Otwórzcie szafę i wybierzcie coś sobie
Otworzyliśmy a raczej wyrwaliśmy drzwi z szafy bo nie mogliśmy znaleźć kluczyka.
Widok był zdumiewający szafa była wypełniona bronią. Pistoletami karabinami i amunicją
-Co to kurwa jest ! -wrzasnąłem kiedy tylko to zobaczyłem
-To mój mały składzik. -Powiedział Prorok kiedy wbiegł do pokoju
Rudy wziął jakiś pistolet i zapasowy magazynek, ja nie znałem się na broni więc wziąłem wda pistolety które leżały najbliżej mnie. Ozdobione były złotymi akcentami a na zamku. Dla nie zorientowanych w temacie wyjaśniam, że zamek jest to osłona lufy. W każdym razie na zamku było wygrawerowane „ZBAWICIEL”
Prorok popatrzył na te pistolety i powiedział
-A co mi tam. Bież i tak mi się już nie przydadzą. -i sam wziął Uzi i dwa zapasowe magazynki. Potem kazał nam się wczołgać do tunelu i zawołał.
- Rudy! uciekajcie do Ernesta! On wam pomoże!
Później słyszałem tylko wybuch jakby granatu. Czołgaliśmy się coraz szybciej w tym ciasnym tunelu. Tratatata koś zaczął strzelać potem Prorok odpowiedział ogniem z Uzi i znowu ktoś znowu zaczął strzelać a potem znowu Prorok. Później słyszałem, że ktoś wybił szybę, pomyślałem, że to Prorok chce wyskoczyć przez okno
-Nie wyżmiecie mnie kurwa żywcem! -wrzeszczał Prorok.
Tratatatata coś a raczej ktoś padł na ziemie
-Mamy chuja! Chciał zwiać ale mu się nie udało!
Odwróciłem głowę żeby zobaczyć co się tam dzieje i wtedy zobaczyłem anty terrorystę
-O kurwa ktoś tam jest! –wrzasnął ten który mnie zobaczył
-Zajebać ich!
Potem wybuchł granat. Zaraz po tym wybuchu nie pamiętam zbyt wiele. Pamiętam tylko, że ktoś strzelał, a potem ktoś mnie ciągnął i o czymś mówił ale nie wiem czym.
* * *
Obudziłem się w jakimś mieszkaniu. Mieszkanie to było bardzo dziwne w każdym pokoju było coś na kształt ni to plakatu ni to flagi z Che-Gevara
-Jak się czujesz młody ??
Chwile szukałem osoby która to powiedziała. I w końcu znalazłem siedział w najciemniejszym z kątów tego pokoju. Kiedy wzrok przystosował mi się do ciemności panującej w pokoju spostrzegłem, że facet ma na głowie czarny wojskowy beret z pięcioramienną gwiazdą na środku. Poza ta charakterystyczną dla niego czapką mogę powiedzieć że na kiedy go zobaczyłem wydawało mi się że miał gdzieś tak na oko koło trzydziestki
-Dobrze ale w uszach mi szumi – odparłem ponieważ uczono mnie że niewolno zostawiać pytania bez odpowiedzi nawet najgłupszego
-To minie- wyjął z kieszeni w koszuli cygaro i zapalił je.
-Przepraszam ale kim pan jest?
-Jestem Che-Gevara, ale przyjaciele mówią na mnie Ernest. A ciebie jak nazywają młody?
-yy… Paweł. Nazywam się Paweł M….- proszę przemilczmy moje nazwisko bo nie chce mieć przez to niepotrzebnych problemów musi wam wystarczyć tylko tyle M.
-A więc Pawle M…. mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. Posłuchaj mnie uważnie.- zaciągnął się cygarem później wypuścił dym z płuc i wziął głęboki wdech jakby chciał zacząć opowiadać jakąś długą historie.
Zbieram armie – klęknął przy taczanie na którym leżałem i zaczął gestykulować w sposób nie do opisania dla prostego człowieka takiego jak ja. Może Mickiewicz by to opisał dokładnie ale ja niestety nie potrafię więc musicie mi uwierzyć na słowom, że było to coś niesamowitego coś co pociągnęło by do boju każdego człowieka, a do tego ta jego postawa, głos, wygląd, charyzma i zapał z jakim to wszystko mi opowiadał . Mówił, że zbiera armie żeby ruszyć i obalić rząd i rozgłośnie, by kraj uczynić wolnym od zła i przemocy, by zniszczyć młodzieżówki i wszystkich przedstawicieli rozgłośni a przy tym wszystkim chwalił mnie za wyczyn jaki zrobiłem z moimi przyjaciółmi zagłuszając transmisje. Szczerzę mówiąc nie wiedziałem z kąt się dowiedział że zrobiłem ja w raz z przyjaciółmi i do dzisiaj tego nie wiem, ale nie jest to teraz ważne. Ważne jest to jak i co mówił Ernest i to co zrobiłem, a zrobić mogłem tylko jedną rzecz przyłączyć się do armii Che-Gevary by razem walczyć o wyzwolenie Polski spod zła i tyrani jaką rządzi nasz rząd wraz z Rydzem II. To co działo się później opowiem kiedy indziej jak tylko znajdę czas żeby to spisać. Abyście poznać prawdziwą historię. Historię o tym jak wyzwalaliśmy kraj w którym teraz żyjecie.
Prawda czy schizofrenia ?
W tunelach pod miastem a dokładniej w kanalizacji trwała nieustanna praca, ale niebyło to konserwowanie bądź modernizowanie kanałów. W tunelach wystarczająco wysokim by pomieścić wyprostowanego mężczyznę trwała praca kładziono cegły. Cegły te miały za zadanie zmylenie wroga ponieważ były one identyczne od tych z których zbudowana była sieć kanałów. Cegły miały sprawiać wrażenie że w tym miejscu kończy się tunel, ale prawda była inna. Za cegłami i kolejnymi warstwami to z pustaków to z próżni między nimi która miała za zadanie ochronić przed ewentualną próbą wysadzenia ściany kwitło życie, życie rebeliantów gotowych w każdej chwili stawić się na rozkaz i walczyć o wyzwolenie kraju a rebeliantów tam mieszkających było niewielu zaledwie dwa tysiące pięćset osiemdziesiąt trzy osoby niebyło to wiele w porównaniu z liczbą jaką dysponował rząd, ale rebeliantów było znacznie więcej tyle, że mieszkali oni na powierzchni by sprawiać pozory, że coś takiego jak ogólno narodowa rewolucja w ogóle nie przychodzi ludziom do głowy. Pod ziemią żyli tylko ci którzy byli najbardziej zagrożeni lub zbyt cenni by mogli być złapani przez OM. Rebelianci budowali mór i kładli kolejne cegły w ścianie, w ścianie która ma zapewnić im bezpieczeństwo i spokój. A nad całą tą pracą czuwał Rudy ale w przeciwieństwie do ludzi żyjących na powierzchni nie stał on i nie pilnował pracowników w taki sposób by sam się nie ubrudzić, o nie Rudy był inny on w pocie czoła pracował z razem rebeliantami i układał kolejne cegły w ścianie, w ścianie zwaną przez nich „ścianą wolności”.
* * *
W małym pomieszczeni znajdującym się pod „budynkiem „ w którym mieszkał Che-Gevara, działy się rzeczy straszna człowiek którego nazywano Che-Gevarą miał on około 30 lat
Torturował on młodą 19 letnią Marie dziewczyna wrzeszczała z bólu ale było ona bardziej wytrzymała on niejednego faceta, Guevara torturował ją już trzeci dzień chociaż on tak tego nie nazywał. Mówił że ją przesłuchuje by wydobyć z niej potrzebne informacje a to dla tego ze dziewczyna ta była szpiegiem OM i wiedziała za dużo o podziemi i jej oprawcy, on musiał się dowiedzieć ile zdążyła powiedzieć swoim ludziom.
Nagle do pomieszczenia wpadł młody a raczej młodszy od Che-Gevary, facet miał koło 20 lat . Kiedy zobaczył w jakim stanie jest ciało dziewczyny odwrócił głowę.
- Przepraszam komendancie , ale jest pan potrzebny – mówiąc to powstrzymywał się od zwymiotowania na widok ciała dziewczyny.
Wybacz kochanie ale kiedy indziej to dokończymy – po tych słowach wytarł narzędzia i rzucił ścierkę na twarz dziewczyny.
Mężczyźni wyszli z pomieszczenia. Paweł pierwszemu napotkanemu człowiekowi rozkazał zabrać dziewczynę do celi.
Facet który przyszedł do niego i powiedział ze „jest potrzebny” stał nie opodal domu i wymiotował.
Do Che-Gevary podbiegł jego kumpel „długi”
- Paweł. Co ty jeszcze robisz ?
- A co się stało?
- Musimy już jechać po tego twojego mądrale. Zapomniałeś już ?
-O cholera. Przez tą panienkę zapomniałem
Komendant kiedy to usłyszał popędził zaraz w stronę wyjścia z kanałów a za nim „długi”.
W mgnieniu oka znaleźli się na powierzchni. Znajdowali się teraz w starym garażu gdzie czekała na nich furgonetka wraz z kierowcą i drugim rewolucjonistą mieszkającym na powierzchni.
Z włazu wyszedł „długi” a zaraz za nim Paweł.
-Dobra panowie ładować się do środka i jedziemy bo nie ma czasu. Jesteśmy już spóźnieni –powiedział Che-Gevara zaraz po wyjściu z kanalizacji
-Paweł, i kto to mówi ?
-Też by ci się zapomniało gdyby ci dobrze było
Paweł ,„długi” i pozostała dwójka władowali się do furgonetki i pojechali w stronę „Alabamy”, jednego z nielicznych klubów techno w tym mieście. Klubów takich jak ten było niewiele ponieważ władzy państwa nie podobało się to że w większości osoby tam uczęszczające to geje i lesbijki. Podobnie z resztą było z innymi lokalami nie tylko takimi w których grali techno, „niegrzeczny chłopak” został zamknięty z tego samego powodu a muzyką jaką tam grali był rock, metal, punk i ogólnie pojęta muzyka bunty chociaż co do metalu tłumaczyli się też tym, że było to miejsce spotkań satanistów.
-Franek. Proste pytanko, która jest? - to oto proste pytanko zadał „długi” do kierowcy furgonetki.
-Piętnaście po.
-Po, której ?
-Po ósmej.
-Kurwa. Paweł trzeb się będzie spieszyć
Paweł nie odezwał się ani słowa właśnie układał w swojej głowie różne plany ucieczki w zależności od tego jaką sytuacje zastaną. Najgorszą rzeczą w tym wszystkim było ograniczenie czasowe, ponieważ w Polsce od kilku lat była wprowadzona godzina policyjna osoby pełnoletnie nie mogły być poza domem dłużej niż do godziny 22:45 nieletni najpóźniej musieli być w domu om 22:00 ale lepiej by było żeby wrócili prędzej no chyba że wracają z dorosłym opiekunem który miał uprawnienie do opieki nad tym nieletnim. Lokale z kolei różnie kończyły prace, najdłużej otwartym była właśnie „Alabama” bo mogła być czynna aż do 22:15 to było bardzo długim czasem otwarcia w porównaniu do przeciętnych klubów, które zamykano o 21:30.
Po dojechaniu na miejsce zaczęli realizować plan który zrodził się w głowie Che-Gevary
w trakcie kiedy tu jechali.
Franek ich kierowca został w aucie, a jego kumpel, Paweł i „długi” weszli bo klubu i od razu skierowali się w stronę biura szefa po drodze przez ułamek sekundy Pawłowi wydawało się ze wśród tańczących dziewczyn na parkiecie widział Kaśkę, ale zaraz zniknęła mu z oczy dlatego też komendant pomyślał że to tylko jakieś przywidzenie.
* * *
Do gabinetu w którym urzędował szef lokalu weszli bez problemu z racji tej iż mężczyzna pilnujący biura był jednym z rebeliantów i został wcześniej poinformowany o tym że zawita tutaj Che-Gevara. Paweł, „długi” i Jędrzej- bo tak miał na imię kumpel kierowcy, Franka.
Buntownicy mieli problem z namówieniem szefa klubu który jednocześnie był jednym z najlepszych hakerów, speców w łamaniu kodów i zagłuszaniu sygnałów w Polsce. Rozmowa była długa i burzliwa ponieważ Radek, bo tak nazywał się ten mężczyzn wiedział że pewnego dnia przyjdą po niego buntownicy, ale coś mu nie pasowało w tych „odwiedzinach”, ponieważ wiedziała, że wraz z buntownikami którzy mają po niego przyjść miał się też zjawić sam Che-Gevara. Nie wiedział on natomiast, że ten przywódca buntowników którego znał osobiście już od dawna nieżywe, dla tego też nie ufał ludziom, którzy przyszli do niego.
-Posłucham musisz z nami iść bo jak nie…- tutaj Paweł przerwał na chwile żeby dodać trochę dramatyzmu do rozmowy -…jak nie to zabierze cię OMo.
Na twarzy hakera dało się dostrzec zdenerwowanie kiedy usłyszał, że nie tylko buntownicy mają wobec niego plany ale co gorsza OMo też, nie wypadło on jednak ze swojej roli i dalej udawał twardziela który to niczego się nie boi.
-Jakoś nie mam do was pewności. Mówicie że przysłał waz Che-Gevara, a ja wiem, że miał tu przyjść osobiście – po tych słowach ostrożnie sięgnął po bron schowaną w biurku.
Paweł został jednak tak wyszkolony, że potrafił odczytać każdy gest czy chodźmy ruch dłoni, i ze spokojem w głosie patrząc prosto w oczy Radka rzekł.
-Zostaw proszę ten pistolet, a ja powiem ci prawdę. Twój, a raczej nasz przyjaciel Artur Kozłowski znany też jako Che-Gevara nie żyje.
- Co !? Jak !?- haker zerwał się z krzesła i teraz z przerażeniem w czach słuchał każdego słowa które wydobywało się z ust Pawła.
-To znaczy to że człowiek którego znałeś jako Artur i który zarazem był przywódcą naszym przywódcą zwanym Che-Gevarą nie żyje-tutaj Paweł zrobił przerwę by zaczerpnąć powierza by kontynuować monolog – ale wyznaczył zastępcę, mnie –głos „nowego” Che-Gevaray jeszcze nigdy nie był tak spokojny i poważny ja w tej chwili.
-Wiem o wszystkich planach mojego poprzednika, o wszystkich jego przyjaciołach i wrogach. Powiedział mi także, że bez ciebie nie uda nam się obalić rządów Rydza, i jeśli moje słowa nie sprawią że uwierzysz w śmierć Artura i to że ja przejąłem dowodzenie po nim, to… w tym Momocie Paweł spuścił głowę ku ziemi po krótkiej chwili kontynuował.
-…to mam ci powtórzyć jego słowa- znowu nastała chwila ciszy i tak samo jak wcześniej Che-Gevara kontynuował-Przepraszam ale miałem nadzieje że do tego nie dojdzie ale jak widzę nie mam wyjścia. Miałem ci powiedzieć „misiek daj spokój oni są z nami, po naszej stronie. Kocham cię misiek”
Haker załamany powoli usiadł na krześle z którego wcześniej się zerwał, „długi” i Jędrzej stali jak słupy soli nie wierząc własnym uszom, ponieważ nikt z buntowników nie wiedział że Artur Che-Gevara był homo sensualistą, Paweł natomiast wciąż stał z głową opuszczoną ku ziemi i czekał na reakcje Radka, ten niesamowicie szybko zebrał się do kupy, teraz w jego oczach było widać nienawiść do systemu jaki rządzi tym krajem.
- Dobra jestem z wami. Proszę powiedz mi tylko jak zginą Artur- w trakcie gdy Radek rozmawiał z obecnym Che-Gevarą, „chudemu” zadzwonił telefon. To był Franek informujący go o przyjeździe OM.
-Komendancie mamy problem – „chudy” wyjął pistolet z kieszeni swojej kurtki
- Co. OMo ?
-Niestety.
Reakcja Radka na tą wiadomość była niesamowicie szybka jak na osobę, która przed chwilą dowiedziała się ze najdroższa dla niego osoba nie żyje
-Ma tutaj tajne wyjście –Haker nacisnął guzik umieszczony pod biurkiem, fragment ściana po prawej stronie od biurka zaczną się przesuwać odkrywając przed rebeliantami wąski korytarz. Cała czwórka, z Che-Gevarą na czele weszła do tajnego przejścia.
-Sam robiłeś ten tunel czy co ??
- Nie kazałem go zaprojektować architektowi
-Kurwa w takim razie OMo o tym wie i i ustawili ludzi z drugiej strony- Jędrzej zaczął panikować a lekka klaustrofobia mu w tym pomagała
-Mówił że nikt się nie dowie.
Na twarzy Pawła pojawił się nieznaczny uśmiech bynajmniej nie z tego że architekt nikomu nic nie powiedziała, ale z naiwności hakera.
-Widzę że nie poznałeś jeszcze metod z jakich korzystają OMowcy przy wyciąganiu informacji z ludzi.
Kiedy doszli do końca korytarza Che-Guevara pociągnął dźwignie która otwierała drzwi prowadzące na zewnątrz w tedy też po raz pierwszy Paweł usłyszał w swojej głowie usłyszałem w mojej głowie głos a raczej głowy dwóch osób o nieokreślonej płci.
-Uważaj z prawej trzech z lewej jeden. Paweł wyciągnąłem więc szybko swoje pistolety i zdecydowanym krokiem wyszedł z korytarza, i rzeczywiście z prawej stało trzech gliniarzy a z lewej jeden odwrócony do plecami i w dodatku był zajęty odpryskiwaniem się. Komendant szybko więc wycelował z obu pistoletów i wypalił do dwóch stojących najbliżej niego po prawej stronie policjantów
-Już wie.
Znowu te głosy Paweł nie miał teraz czasu na to żeby zastanawiać się skąd wzięły się te głosy. Lewa ręka w raz z bronią skierowała się w strona gliny po tej właśnie stronie a prawa zaczęła zmierzać w ostatniego z trzech który został po prawicy. Wszystko działo się tak szybko, że nikt ani ludzie Komendanta ani gliny nie zareagowali, i znowu tym razem oba strzały oddał jednocześnie, łuski skrzyżowały się zderzając ze sobą w locie a naboje, ich lot nie był widoczny dla żadnego stojącego tam człowieka, ale Paweł wiedziałem że trafiły idealnie w swoje cele. Policjanci przewrócili się i opadli na ziemi wtedy czas znowu zwolnił do swojego pierwotnego tępa
-Dobra robota.
Buntownicy nazywani przez fanatyków Rydza II „terrorystami” zaczęli biedź do auta a Przywódcy tak zwanych terrorystów w między czasie zaczęły przez głowę przelatywać tysiąc myśli naraz, ale tylko jedna była na tyle silna że przebiła się i z dominowała umysł Che-Guevary, zastanawiał się on skąd wzięły się głos w jego głowie. Myślał o tym tak intensywnie, że zaczął prowadzić wewnętrzny dialog z tymi głosami swojej głowie.
-Kim jesteście?
-Kim ? raczej czym ?
-Dobra czym jesteście?
-Zerknij do swoich dłoni
Che-Guevara po raz kolejny posłuchał tych głosów i zrobił to co nakazały, bo jak na razie go nie zawiódł i wtedy zorientował się, że jeszcze nie schował pistoletów, więc czym prędzej zaczął to robić.
-Czy wy jesteście…?
-Tak .Wcześniej pomagaliśmy Prorokowi ale teraz należymy do ciebie i to tobie będziemy pomagać.
Komendant nie wiedział co o tym wszystkim myśleć czy to prawda czy tylko początki Schizofrenii ale niebyło teraz czasu żeby się nad tym zastanawiać, musieli uciekać.
Marzenia
Paweł stał na środku ulicy był cały brudny i poplamiony krwią część należała do niego, ale przeważna większość to pamiątki po żołnierzach i oddziałach OMo. W rękach trzymał swoje dwa pistolety, których bał się każdy, kto nie stał po stronie Che-Guevary i rewolucji.
Wszystko to było by normalne gdyby nie fakt iż po prawicy jak i po lewicy Pawła stali komandosi celowali do niego, podobnie było z budynkami, co chwile w jakimś oknie i na jakimś dachu pojawiała się sylwetka kolejnego z komandosów będących na usługach Rydza II widok ludzi w czarnych mundurach i czarnych kaskach z różnoraka bronią ciągnął się przez całą ulice aż do głównej siedziby ojca dyrektora dystans jaki dzielił Pawła od tej budowli wynosił jakieś 500 metrowe, on sam po jednej stronie ulicy z wycelowanymi lufami karabinów w każdy jego członek, a po drugiej stronie stało ON człowiek który rządził całym krajem w jednej chwili mógł zmienić ludzki sposób postrzegania na daną osobę, przedmiot lub zjawisko za pomocą tylko jednej krótkiej audycji radiowej.
Paweł nie bacząc na to że jest sam, a po stronie dyrektora tysiące, ruszył w jego stronę. Szedł spokojnym marszowym krokiem nie bacząc na to że coraz to nowi komandosi celują w niego swoja bronią, coraz to nowe światełka z karabinów snajperskich pojawiają się na jego ubraniu. Nie przerażało go to, nie przerażało go już nic, szedł śmiało na spotkanie ze swoim losem ,chciał zrobić tylko jedno wycelować i pociągnąć za spust, strzelić żeby zabić, jego celem był Rydz II człowiek, który sprowadził całe to zło na jego kraj. Przywódca buntowników był coraz bliżej i bliżej swojego wroga, kiedy dotarła na odległość około 100 metrów od swojego celu zaczął słyszeć kroki za swoimi plecami równe spokojne w takim samym tempie jakie on stawiał, odwrócił nieznacznie głowę żeby zobaczyć co dzieje się za nim i ujrzał że wszyscy komandosi, których już minął idą za nim z wycelowaną bronią w swój cel, ale tym celem nie był teraz Paweł tylko osoba stojąca prze nim.
Na twarzy buntownika pojawił się lekki nieznaczny uśmiech, odwrócił on z powrotem głowę i kontynuował marsz w stronę Rydza, każdy żołnierz i policjant, którego mijał od razu dołączał do oddziału idącego za Che-Guevarą. Kiedy Komendant doszedł do swojej ofiary wszyscy już celowali w Rydza, na jego ciele nie zostało żadne wolne miejsce w, które nie celowała by lufa czyjejś broni. Paweł podniósł swoje pistolety i nie mówiąc nic pociągnął za oby dwa spusty, gdy z nich wypalił, wtedy wszyscy jak na komendę zaczęli strzelać do tak wcześniej ukochanego przez nich ojca dyrektora, ten zaś miotając się od wszystkich kul, które zagłębiały się w jego ciele, nie przestawał patrzyć w oczy Buntownikowi, który miał za sobą tak wielką rzesze sprzyjających mu ludzi. Paweł wiedział o tym ze Rydz spogląda mu w oczy dla tego Che-Guevara patrzył w oczy ojcu dyrektorowi, nie przestając przy tym strzelać. Wystrzelił już chyba z Miljon naboi, nie ruszając się przy tym z miejsca i ani razu nie zmieniając magazynków, łusek jednak w ciąż było za mało na ziemi, Che-gevara chciał pokryć całą drogę łuskami tak by asfaltu był niewidoczny, wtedy będzie miał pewność że Rydz nie żyje. Strzelali aż jego plan się ziścił droga mieniła się od różnych kolorów, złotego, zielonego, srebrnego, czerwonego, niebieskiego, na ziemi leżał chyba każdy z rodzajów rodzaj łuski o jakim tylko człowiek mógł zamarzyć, a Rydz? Rydz opadł na kolana ostatni raz spojrzał w oczy Pawłowi i upadł na twarz. To zaskakujące pomyślał Paweł, że po takiej ilości nabojów coś jeszcze z niego zostało.
Wszyscy ludzie zaczęli wiwatować zewsząd było słychać odgłosy wystrzałów w powietrze, wrzasków i okrzyków radości z domów, bloków i biur ludzie zaczęli masowo wychodzić na ulice by razem z plutonem egzekucyjnym Dyrektora, cieszyć się i radować z obalenia tyrana, ale czujny wzrok Pawła wypatrzył coś, jakąś sylwetkę w oknie siedziby ojca dyrektora. Komendant nie zważając na radość tłumu poszedł w tamtym kierunku, nie musiał przepychać się między ludźmi, oni instynktownie odsuwali się przed Che-Guevarą, by zrobić mu przejście, wyglądało to tak jak by otaczała go jakaś magiczna aura odpychająca wszystkich ludzi od niego. Paweł w końcu dotarł pod drzwi budynku wszedł do środka i ruszył przed siebie jego długie włosy kołysały się w rytm jego kroków, z jego pistoletów wciąż unosiły się ledwo widoczne smugi dymu. Buntownik wszedł do windy, nacisnął odpowiedni guzik i już po chwili znalazł się na piętrze na, którym zobaczył tą dziwną postać, wyszedł z windy i skierował się w lewo. Szedł bogato zdobionym korytarzem, gdzie na ścianach co kawałek wisiały jakieś obrazy, portrety bądź stały jakieś rzeźby lub eksponaty, na podłodze rozwinięty był czerwony bardzo miękki i wyglądający na równie co do swojego wyglądu drogi dywan Che-Gevatra w końcu dotarł do pięknie zdobionych drewnianych drzwi.
Chwycił za klamkę i otworzył je, spokojnie nie bojąc się o to czy zginie czy też nie, nie interesowało go już to, zrobił przecież co miał zrobić, wypełnił obietnice, która złożył swojemu poprzednikowi, zabił zło które toczyło ten kraj, ze spokojem ducha zaglądał wiec do tego pokoju. Kiedy otworzył drzwi ujrzał, że na środku pokoju stoi jakiś mężczyzna, stał on twarzą skierowaną w styrane okna i patrzył z nałożonymi za plecami rękoma na ludzi cieszących się ze śmierci tyrana. Mężczyzna ubrany był w czarną sutannę, najprawdopodobniej był on księdzem jednym z pomocników Rydza II, Paweł niewiele się zastanawiając podniósł prawą rękę i wycelował swoim pistoletem
- To już koniec ojczulku pora się pożegnać – powiedział buntownik stojący o kilka metrów od księdza i celując w jego głowę
-Nie. To dopiero początek mój synu.-głos księdza był spokojny i a jego głos dziwnie znajomy dla Pawła. Wiedział on że już słyszał ten głos i to nieraz, ale nie mógł sobie przypomnieć kot był właścicielem tego głosu.
- Wielu było przed tobą i wielu będzie po tobie- kontynuował dziwnie znajomy głos księdza
- Na miejsce jednego tyrana przychodzi następny. Zapamiętaj to sobie chłopcze. Zapamiętaj byś nie był gorszy niż twój poprzednik –Tak. „poprzednik” Paweł teraz już wiedział skąd zna ten głos, ale było już za późno ksiądz się odwrócił, przed Pawłem stanął przebrany za księdza jego dawny mistrz i nauczyciel Che-Gevara.
-Ale ty przecież nie żyjesz- młody buntownik z trudem wydusił z siebie słowa, nie wiedział co ma zrobić w takiej chwili ani jak się zachować, Che-Gevara przygotował go na dużo różnych rzeczy, ale nie na cos takiego.
-Wiem…-mistrz podniósł rękę i wycelował do Pawła z takiego samego pistoletu jaki on dzierżył wtedy właśnie. Paweł zorientował się że drugi jego pistolet zniknął- …i to jest właśnie najpiękniejsze – dokończył nauczyciel Pawła
Paweł chciał pociągnąć za spust ale jakaś dziwna nieznana siła nie pozwalała mu na wykonanie chodź by najmniejszego gestu. Paweł był tak jak by sparaliżowany.
-Posłuchaj mnie uważnie młody, teraz losy Polski zależeć będą od ciebie. Musisz zrobić wszystko by tego nie spartolić i by zbyt szybko jakiś oszołom cię nie załatwił. Zrozumiałeś?
-Tak. Zrozumiałem- te słowa również z trudem przecisnęły się przez gardło buntownika.
-To dobrze. Zapamiętaj to sobie bo więcej tego nie powtórzę. A teraz spadaj.
Po tych słowach Che-Gevara pociągnął za spust i rozległ się potężny huk i towarzyszący temu błysk. Kula w początkowej fazie lotu leciała bardzo powoli, wystarczająco wolno by buntownik mógł się jej uchylić, ale wciąż coś nie pozwalało mu się ruszyć. Gdy kula była już kilkadziesiąt centymetrów od jego ciała przyspieszyła do swej naturalnej prędkości i zderzyła się z ciałem Pawła..
-AAAA!!!!
Paweł zerwa się z łóżka wrzeszcząc jak opętany, pot lał się z niego strumieniami, na jego twarzy było widać przerażenie, rękami badał ciało by sprawdzić czy rzeczywiście ma jakąś ranę, po tym dziwnym spotkaniu. Nie na szczęście nie było żadnej rany, to był tylko zły sen, Paweł nieco się uspokoił, zmęczony padł z powrotem na łóżko, zastanawiając się jak mogło mu się przyśnić, że Che-Gevara żyje, jak?
Przecież umarł on Pawłowi na rękach.
KONIEC
Che-Gevara
Paweł wstawaj! – ze schodów rozlegał się głos mojej mamy. Wołała wystarczająco głośno żeby mnie obudzić
-Paweł! Bo spóźnisz się do kościoła!
O boże to dzisiaj jest już niedziela! Zerwałem się z łóżka i zacząłem ubierać tak szybko jak nigdy w życiu. Zanim drzwi się otworzyły ja zdążyłem się ubrać i pozbierać najpotrzebniejsze rzeczy.
-Paweł, co z tobą? – zapytała moja matka stojąc już w drzwiach do mojego pokoju.
-Nic mamusiu –odpowiedziałem bo co innego miałem powiedzieć- dobra to ja lecę.
Z ziemi podniosłem plecak a dla jasności była to kostka
-A, co ze śniadaniem?
-Zjem w klubie, jak wrócę z kościoła
-No dobra tylko nie zapomnij - Upomniała mnie matka.
-Ta zapomnę o jedzeniu. Jakoś nigdy i się to niezdara –częściowo zażartowałem a częściowo stwierdziłem fakt bo uwielbiam jeść i jakoś nie wyobrażam sobie żebym zapomniał o tym że mam jeść.
Wyszedłem z pokoju zszedłem po schodach na parter i ubrałem w przedpokoju swoje ukochane glany, poczym zaraz opuściłem mieszkanie.
Kiedy oddaliłem się od domu na odległość wystarczająco daleko żeby mama niedojrzała mnie z okna to z plecaka wyjąłem paczką papierosów a konkretniej Vicków i zapaliłem sobie jednego w drodze na przystanek. Potem był drugi i trzeci a na przystanek wcale nie mam daleko. Kiedy tak szedłem pomyślałem sobie -To palenie mnie kiedyś zgubi.
Nie wiem czy moja mama nie wiedziała czy też nie chciała wiedzieć, że pale, nie obchodziło mnie to wtedy zbytnio a teraz mam to całkowicie w dupie. Niedługo po przyjściu na przystanek przyjechał autobus pełen starszych ludzi samych moherów, ale niestety niemiałem wyjścia musiałem z nimi jechać. Nie wiem jakim cudem te dziadki dopchały mnie do kabiny kierowcy, przecież to jest stare i schorowane a mimo wszystko w większej grupie poradzili sobie zemną. Z autobusu powstała tak zwana prze zemnie „sardynka” czyli ludzi było więcej niż miejsca a ja byłem w środku tego wszystkiego, a dokładniej przy szybie kabiny kierowcy a co gorsza z głośników w kabinie rozlegał się głos ROZGŁOŚNI.
ROZGŁOŚNI, którą rządził Rydz II ta stacja była włączona z powodu, że niebyło nic ciekawego na pozostałych dwóch stacjach które zostały po wielkich zmianach dokonanych przez Rydza I. za chwile miało się to zmienić na pewno nie na długo. Maksymalnie na godzinę, ale to zawsze jakaś odmiana po tym co słychać w radiu na co dzień , wciąż tylko te modlitwy i modlitwy. Spojrzałem na zegarek w kabinie kierowcy była 759 a o 800 za sprawką moją i kilku moich przyjaciół transmisja zostanie zagłuszona. Ta akcja która została przeprowadzona wczoraj w nocy tłumaczy moje zaspanie, ale oczywiście nikt nie mógł o tym wiedzieć poza osobami wtajemniczonymi bo zaraz by mnie wysłali na tak zwane „nauki chrześcijańskie”, które tak naprawdę były praniem mózgu ale wiedzieli o tym tylko nieliczni bądź zgarnęło by mnie OM a spotkanie z nimi jest gorsze od prania mózgu. Kojarzycie milicje za czasów socjalistycznych i te wszystkie tortury i wymuszanie zeznań ? na podobnej zasadzie działa OM. No ale odbiegłem trochę od tematy więc wróćmy lepiej na właściwy tor. Jechałem tak sobie i pomyślałem że za chwilę stacja zostanie zakłócona i kiedy tylko o tym pomyślałem z głośników zaczynał się wydobywać „szatański dźwięk” jak to nazywają moherowe babcinki, które zajmowały cały autobus. Zespół który był teraz nadawany w radiu za sprawką moją i kolegów to mój ulubiony a konkretniej KORN. Była 800 na mojej twarzy pojawił się leciutki uśmiech z satysfakcji, że wszystko zadziałało prawidłowo i że jednak nikt nas nie zobaczył w przeciwieństwie do tego, co mówił kumpel, który brał udział w tej akcji. Strasznie panikował bo wydawało mu się że kogoś widział a ja cały czas go uspokajałem że musiało mu się coś przywidzieć, ponieważ z pewnego źródła dowiedzieliśmy się że nikogo wtedy nie będzie w okolicy nadajnika.
-Nareszcie coś normalnego. -Usłyszałem głos zadowolonego kierowcy autobusu. Pomyślałem sobie że to jeden ze „swojaków” więc zapukałem w szybę.
-Panie kierowco!- Zawołałem żeby mnie usłyszał, on nie odwracając się otworzył małe okienko i zapytał
-Co jest młody?
-Panie kierowco może Pan to podgłośnić, bo to fajny kawałek jest.
-A proszę cię bardzo. -Po tych słowach kierowca pogłośnił radio tak, że wyraźnie było słyszeć muzykę. Reakcje moherów łatwo było odgadnąć, wszystkie przeklinały i wyzywały go do żydów i temu podobnych, ale kierowca był nieugięty i bardzo dobrze. Wysiadłem na swoim przystanku zadowolony, że cały plan poszedł po naszej myśli i w końcu można było posłuchać czegoś normalnego. Wysiadałem tam gdzie większość moherów było to o parę kroków od pewnego starego hotelu zwanego „Król”. Z przystanku zszedłem schodami na dół i skręciłem w lewo, Po kilkunastu metrach dotarłem do naszego kluby który na szczęście znajdował się naprzeciwko sklepu całodobowego więc zawsze można się tam było zaopatrzyć w coś do jedzenia, picia bądź w fajki.
Kiedy wszedłem do klubu pierwsza rzecz na jaką zwróciłem uwagę był plecak „kostka” z przypiętymi dwiema różowymi agrafkami do klapy plecaka. Niw wydziałem takiego wcześniej i nie kojarzyłem żeby ktoś z moich znajomych taki nosił, a mam dobrą pamięć do rzeczy mało ważnych bądź nieważnych a czasem tylko na pozór nieważnych a w istocie bardzo znaczących. Rzuciłem swój plecak obok i wszedłem w głąb klubu miał on kilka pomieszczeń gdzie jedno pomieszczenie miało wejście do następnego. Tak więc przeszedłem przez te pomieszczenia by dotrzeć do ostatniego znajdującego się na końcu ,które moim zdaniem było najbardziej przytulne. Po drodze mijałem swoich znajomych, ale byłem zmęczony po nocnej akcji żeby z nimi rozmawiać. Przywitałem się tylko z każdym i kierowałem się tam gdzie była kanapa i gdzie mógłbym się wyspać. Jedyna osoba z którą zamieniłem kilka zdań przed położeniem się na kanapie był Długi, który brał udział w nocnej akcji. Powiedział mi że wszyscy którzy byli wczoraj z nami przyszli dzisiaj do klubu za wyjątkiem Ripera, martwił się o niego bo mieliśmy wszyscy przyjść dzisiaj a on się jeszcze nie zjawił i nie odpierał komórki. Riper jest znany z tego że lubi wycinać różne numery władzy która rządzi obecnie w naszym państwie. To on wymyślił tą akcje z muzyką. Długi bał się że Riper się w coś wpakował i teraz jest w areszcie, w trakcie przesłuchania wsypie nas i będziemy mieli przesrane. Uspokoiłem go mówiąc mu że pewnie odsypia w domu wczorajszą noc i zaraz sam poszedłem spać.
Pamiętam że na krotką chwile obudziłem się bo poczułem coś na ręce jakby ktoś mi coś rysował więc nieznacznie otworzyłem jedno oko po pierwsze żeby ta osoba tego nie zauważyła a po drugie nie chciało mi się. Nie widziałem zbyt wyraźnie ponieważ nie chciało mi się zbytnio otwierać oka. Zauważyłem tylko, że osoba ta miała długie rudę włosy i była kobietą potem kiedy zamknąłem powiekę usłyszałem głos jakiejś dziewczyny który mówił
-Kaśka przestań bo się jeszcze obudzi. Domyśliłem się, że ta ruda dziewczyna to Kaśka.
Tutaj należy zrobić krótką przerwę i wyjaśnić wam pewną rzecz. Dziewczyna ta wcale nie nazywa się Kaśka. Nie chce zdradzać jej prawdziwego imienia z pewnych powodów o których również powinniście nie wiedzieć, a przynajmniej nie w obecnej chwili. Po sławach, które wypowiedziała ta nieznana dziewczyna z powrotem zasnąłem.
Kiedy się obudziłem było parę minut po 16. Jedyne co zostało po tych dziewczynach to różowa agrafka którą zabrałem ze sobą i nawiasem mówiąc mam ją do dzisiaj a na dłoni miałem namalowany flamastrem różowy kwiatuszek.
Zacząłem pytać się moich kolegów i znajomych o tom dziewczynę ale nikt nie mógł mi powiedzieć nic więcej niż sam wiedziałem, jedni odsyłali mnie do drugich inni nie wiedzieli nic. W końcu udało mi się razem z kumplem Jarkiem trafić na pewnego gościa. Nazywali go Prorok
* * *
-A jak ten gościu nie będzie nic wiedział to co wtedy?
-To wtedy będziemy dalej szukać tej twojej dupy
Drzwi otworzył nam gości w szlafroku z fryzurą, która chyba od pięciu lat niewidzianą fryzjera ani szamponu do włosów. To był Prorok.
Opis mieszkania Proroka nie jest zbyt ważny powinno wam wystarczyć jak powiem że podobnie jak Prorok było ono w klimatach regge, rasta i było całe zadymione od zioła.
Pokazałem Prorokowi agrafkę którą zgubiła ta dziewczyna. Po dłuższej chwili namysłu powiedział.
-Hmm….domyślam się o kogo wam chodzi. Ciężko ją będzie znaleźć ale najlepiej będzie jak jej poszukacie w…..- w tym miejscu Prorok zamilkł i zaczął uważnie czegoś nasłuchiwać. Teraz wiem że była to policja ale w tedy nie miałem zielonego pojęcia o co chodzi i w co się wplącze ale wierzcie mi że było wart.
- Gdzie ?! Gdzie mamy jej szukać ?! -wrzasnąłem na proroka bo nie mogłem już wytrzymać tego jak długo będzie on „tego czegoś” nasłuchiwał. To był błąd, wielki BŁĄD.
- Kurwa Mać ! Rudy kurwa przesuń ta szafę ja lecę zastawić drzwi.
Potem prorok wybiegł z pokoju i dłuższą chwile było słuchać jak przerzuca jakieś rzeczy
-Paweł! Pomóż mi kurwa!
Rudy a raczej Jarek jak ja go nazywałem tymi wrzaskami wyrwał mnie z osłupienia.
Podbiegłem pomóc mu przesunąć szafę która była nieziemsko ciężka. Nie to żeby była ona masywna tylko była tak napchana jakimiś gratami. Po odsunięciu szafy kazało się że jest za nią tajemny tunel wydrążony w budynku. Tunel ten mieścił na szerokość nie więcej niż jedną osobę i w dodatku musiała ona iść na kolanach a długość jego wynosiła około pięciu metrów.
-Rudy!!
-Co?!
-Otwórzcie szafę i wybierzcie coś sobie
Otworzyliśmy a raczej wyrwaliśmy drzwi z szafy bo nie mogliśmy znaleźć kluczyka.
Widok był zdumiewający szafa była wypełniona bronią. Pistoletami karabinami i amunicją
-Co to kurwa jest ! -wrzasnąłem kiedy tylko to zobaczyłem
-To mój mały składzik. -Powiedział Prorok kiedy wbiegł do pokoju
Rudy wziął jakiś pistolet i zapasowy magazynek, ja nie znałem się na broni więc wziąłem wda pistolety które leżały najbliżej mnie. Ozdobione były złotymi akcentami a na zamku. Dla nie zorientowanych w temacie wyjaśniam, że zamek jest to osłona lufy. W każdym razie na zamku było wygrawerowane „ZBAWICIEL”
Prorok popatrzył na te pistolety i powiedział
-A co mi tam. Bież i tak mi się już nie przydadzą. -i sam wziął Uzi i dwa zapasowe magazynki. Potem kazał nam się wczołgać do tunelu i zawołał.
- Rudy! uciekajcie do Ernesta! On wam pomoże!
Później słyszałem tylko wybuch jakby granatu. Czołgaliśmy się coraz szybciej w tym ciasnym tunelu. Tratatata koś zaczął strzelać potem Prorok odpowiedział ogniem z Uzi i znowu ktoś znowu zaczął strzelać a potem znowu Prorok. Później słyszałem, że ktoś wybił szybę, pomyślałem, że to Prorok chce wyskoczyć przez okno
-Nie wyżmiecie mnie kurwa żywcem! -wrzeszczał Prorok.
Tratatatata coś a raczej ktoś padł na ziemie
-Mamy chuja! Chciał zwiać ale mu się nie udało!
Odwróciłem głowę żeby zobaczyć co się tam dzieje i wtedy zobaczyłem anty terrorystę
-O kurwa ktoś tam jest! –wrzasnął ten który mnie zobaczył
-Zajebać ich!
Potem wybuchł granat. Zaraz po tym wybuchu nie pamiętam zbyt wiele. Pamiętam tylko, że ktoś strzelał, a potem ktoś mnie ciągnął i o czymś mówił ale nie wiem czym.
* * *
Obudziłem się w jakimś mieszkaniu. Mieszkanie to było bardzo dziwne w każdym pokoju było coś na kształt ni to plakatu ni to flagi z Che-Gevara
-Jak się czujesz młody ??
Chwile szukałem osoby która to powiedziała. I w końcu znalazłem siedział w najciemniejszym z kątów tego pokoju. Kiedy wzrok przystosował mi się do ciemności panującej w pokoju spostrzegłem, że facet ma na głowie czarny wojskowy beret z pięcioramienną gwiazdą na środku. Poza ta charakterystyczną dla niego czapką mogę powiedzieć że na kiedy go zobaczyłem wydawało mi się że miał gdzieś tak na oko koło trzydziestki
-Dobrze ale w uszach mi szumi – odparłem ponieważ uczono mnie że niewolno zostawiać pytania bez odpowiedzi nawet najgłupszego
-To minie- wyjął z kieszeni w koszuli cygaro i zapalił je.
-Przepraszam ale kim pan jest?
-Jestem Che-Gevara, ale przyjaciele mówią na mnie Ernest. A ciebie jak nazywają młody?
-yy… Paweł. Nazywam się Paweł M….- proszę przemilczmy moje nazwisko bo nie chce mieć przez to niepotrzebnych problemów musi wam wystarczyć tylko tyle M.
-A więc Pawle M…. mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. Posłuchaj mnie uważnie.- zaciągnął się cygarem później wypuścił dym z płuc i wziął głęboki wdech jakby chciał zacząć opowiadać jakąś długą historie.
Zbieram armie – klęknął przy taczanie na którym leżałem i zaczął gestykulować w sposób nie do opisania dla prostego człowieka takiego jak ja. Może Mickiewicz by to opisał dokładnie ale ja niestety nie potrafię więc musicie mi uwierzyć na słowom, że było to coś niesamowitego coś co pociągnęło by do boju każdego człowieka, a do tego ta jego postawa, głos, wygląd, charyzma i zapał z jakim to wszystko mi opowiadał . Mówił, że zbiera armie żeby ruszyć i obalić rząd i rozgłośnie, by kraj uczynić wolnym od zła i przemocy, by zniszczyć młodzieżówki i wszystkich przedstawicieli rozgłośni a przy tym wszystkim chwalił mnie za wyczyn jaki zrobiłem z moimi przyjaciółmi zagłuszając transmisje. Szczerzę mówiąc nie wiedziałem z kąt się dowiedział że zrobiłem ja w raz z przyjaciółmi i do dzisiaj tego nie wiem, ale nie jest to teraz ważne. Ważne jest to jak i co mówił Ernest i to co zrobiłem, a zrobić mogłem tylko jedną rzecz przyłączyć się do armii Che-Gevary by razem walczyć o wyzwolenie Polski spod zła i tyrani jaką rządzi nasz rząd wraz z Rydzem II. To co działo się później opowiem kiedy indziej jak tylko znajdę czas żeby to spisać. Abyście poznać prawdziwą historię. Historię o tym jak wyzwalaliśmy kraj w którym teraz żyjecie.
Prawda czy schizofrenia ?
W tunelach pod miastem a dokładniej w kanalizacji trwała nieustanna praca, ale niebyło to konserwowanie bądź modernizowanie kanałów. W tunelach wystarczająco wysokim by pomieścić wyprostowanego mężczyznę trwała praca kładziono cegły. Cegły te miały za zadanie zmylenie wroga ponieważ były one identyczne od tych z których zbudowana była sieć kanałów. Cegły miały sprawiać wrażenie że w tym miejscu kończy się tunel, ale prawda była inna. Za cegłami i kolejnymi warstwami to z pustaków to z próżni między nimi która miała za zadanie ochronić przed ewentualną próbą wysadzenia ściany kwitło życie, życie rebeliantów gotowych w każdej chwili stawić się na rozkaz i walczyć o wyzwolenie kraju a rebeliantów tam mieszkających było niewielu zaledwie dwa tysiące pięćset osiemdziesiąt trzy osoby niebyło to wiele w porównaniu z liczbą jaką dysponował rząd, ale rebeliantów było znacznie więcej tyle, że mieszkali oni na powierzchni by sprawiać pozory, że coś takiego jak ogólno narodowa rewolucja w ogóle nie przychodzi ludziom do głowy. Pod ziemią żyli tylko ci którzy byli najbardziej zagrożeni lub zbyt cenni by mogli być złapani przez OM. Rebelianci budowali mór i kładli kolejne cegły w ścianie, w ścianie która ma zapewnić im bezpieczeństwo i spokój. A nad całą tą pracą czuwał Rudy ale w przeciwieństwie do ludzi żyjących na powierzchni nie stał on i nie pilnował pracowników w taki sposób by sam się nie ubrudzić, o nie Rudy był inny on w pocie czoła pracował z razem rebeliantami i układał kolejne cegły w ścianie, w ścianie zwaną przez nich „ścianą wolności”.
* * *
W małym pomieszczeni znajdującym się pod „budynkiem „ w którym mieszkał Che-Gevara, działy się rzeczy straszna człowiek którego nazywano Che-Gevarą miał on około 30 lat
Torturował on młodą 19 letnią Marie dziewczyna wrzeszczała z bólu ale było ona bardziej wytrzymała on niejednego faceta, Guevara torturował ją już trzeci dzień chociaż on tak tego nie nazywał. Mówił że ją przesłuchuje by wydobyć z niej potrzebne informacje a to dla tego ze dziewczyna ta była szpiegiem OM i wiedziała za dużo o podziemi i jej oprawcy, on musiał się dowiedzieć ile zdążyła powiedzieć swoim ludziom.
Nagle do pomieszczenia wpadł młody a raczej młodszy od Che-Gevary, facet miał koło 20 lat . Kiedy zobaczył w jakim stanie jest ciało dziewczyny odwrócił głowę.
- Przepraszam komendancie , ale jest pan potrzebny – mówiąc to powstrzymywał się od zwymiotowania na widok ciała dziewczyny.
Wybacz kochanie ale kiedy indziej to dokończymy – po tych słowach wytarł narzędzia i rzucił ścierkę na twarz dziewczyny.
Mężczyźni wyszli z pomieszczenia. Paweł pierwszemu napotkanemu człowiekowi rozkazał zabrać dziewczynę do celi.
Facet który przyszedł do niego i powiedział ze „jest potrzebny” stał nie opodal domu i wymiotował.
Do Che-Gevary podbiegł jego kumpel „długi”
- Paweł. Co ty jeszcze robisz ?
- A co się stało?
- Musimy już jechać po tego twojego mądrale. Zapomniałeś już ?
-O cholera. Przez tą panienkę zapomniałem
Komendant kiedy to usłyszał popędził zaraz w stronę wyjścia z kanałów a za nim „długi”.
W mgnieniu oka znaleźli się na powierzchni. Znajdowali się teraz w starym garażu gdzie czekała na nich furgonetka wraz z kierowcą i drugim rewolucjonistą mieszkającym na powierzchni.
Z włazu wyszedł „długi” a zaraz za nim Paweł.
-Dobra panowie ładować się do środka i jedziemy bo nie ma czasu. Jesteśmy już spóźnieni –powiedział Che-Gevara zaraz po wyjściu z kanalizacji
-Paweł, i kto to mówi ?
-Też by ci się zapomniało gdyby ci dobrze było
Paweł ,„długi” i pozostała dwójka władowali się do furgonetki i pojechali w stronę „Alabamy”, jednego z nielicznych klubów techno w tym mieście. Klubów takich jak ten było niewiele ponieważ władzy państwa nie podobało się to że w większości osoby tam uczęszczające to geje i lesbijki. Podobnie z resztą było z innymi lokalami nie tylko takimi w których grali techno, „niegrzeczny chłopak” został zamknięty z tego samego powodu a muzyką jaką tam grali był rock, metal, punk i ogólnie pojęta muzyka bunty chociaż co do metalu tłumaczyli się też tym, że było to miejsce spotkań satanistów.
-Franek. Proste pytanko, która jest? - to oto proste pytanko zadał „długi” do kierowcy furgonetki.
-Piętnaście po.
-Po, której ?
-Po ósmej.
-Kurwa. Paweł trzeb się będzie spieszyć
Paweł nie odezwał się ani słowa właśnie układał w swojej głowie różne plany ucieczki w zależności od tego jaką sytuacje zastaną. Najgorszą rzeczą w tym wszystkim było ograniczenie czasowe, ponieważ w Polsce od kilku lat była wprowadzona godzina policyjna osoby pełnoletnie nie mogły być poza domem dłużej niż do godziny 22:45 nieletni najpóźniej musieli być w domu om 22:00 ale lepiej by było żeby wrócili prędzej no chyba że wracają z dorosłym opiekunem który miał uprawnienie do opieki nad tym nieletnim. Lokale z kolei różnie kończyły prace, najdłużej otwartym była właśnie „Alabama” bo mogła być czynna aż do 22:15 to było bardzo długim czasem otwarcia w porównaniu do przeciętnych klubów, które zamykano o 21:30.
Po dojechaniu na miejsce zaczęli realizować plan który zrodził się w głowie Che-Gevary
w trakcie kiedy tu jechali.
Franek ich kierowca został w aucie, a jego kumpel, Paweł i „długi” weszli bo klubu i od razu skierowali się w stronę biura szefa po drodze przez ułamek sekundy Pawłowi wydawało się ze wśród tańczących dziewczyn na parkiecie widział Kaśkę, ale zaraz zniknęła mu z oczy dlatego też komendant pomyślał że to tylko jakieś przywidzenie.
* * *
Do gabinetu w którym urzędował szef lokalu weszli bez problemu z racji tej iż mężczyzna pilnujący biura był jednym z rebeliantów i został wcześniej poinformowany o tym że zawita tutaj Che-Gevara. Paweł, „długi” i Jędrzej- bo tak miał na imię kumpel kierowcy, Franka.
Buntownicy mieli problem z namówieniem szefa klubu który jednocześnie był jednym z najlepszych hakerów, speców w łamaniu kodów i zagłuszaniu sygnałów w Polsce. Rozmowa była długa i burzliwa ponieważ Radek, bo tak nazywał się ten mężczyzn wiedział że pewnego dnia przyjdą po niego buntownicy, ale coś mu nie pasowało w tych „odwiedzinach”, ponieważ wiedziała, że wraz z buntownikami którzy mają po niego przyjść miał się też zjawić sam Che-Gevara. Nie wiedział on natomiast, że ten przywódca buntowników którego znał osobiście już od dawna nieżywe, dla tego też nie ufał ludziom, którzy przyszli do niego.
-Posłucham musisz z nami iść bo jak nie…- tutaj Paweł przerwał na chwile żeby dodać trochę dramatyzmu do rozmowy -…jak nie to zabierze cię OMo.
Na twarzy hakera dało się dostrzec zdenerwowanie kiedy usłyszał, że nie tylko buntownicy mają wobec niego plany ale co gorsza OMo też, nie wypadło on jednak ze swojej roli i dalej udawał twardziela który to niczego się nie boi.
-Jakoś nie mam do was pewności. Mówicie że przysłał waz Che-Gevara, a ja wiem, że miał tu przyjść osobiście – po tych słowach ostrożnie sięgnął po bron schowaną w biurku.
Paweł został jednak tak wyszkolony, że potrafił odczytać każdy gest czy chodźmy ruch dłoni, i ze spokojem w głosie patrząc prosto w oczy Radka rzekł.
-Zostaw proszę ten pistolet, a ja powiem ci prawdę. Twój, a raczej nasz przyjaciel Artur Kozłowski znany też jako Che-Gevara nie żyje.
- Co !? Jak !?- haker zerwał się z krzesła i teraz z przerażeniem w czach słuchał każdego słowa które wydobywało się z ust Pawła.
-To znaczy to że człowiek którego znałeś jako Artur i który zarazem był przywódcą naszym przywódcą zwanym Che-Gevarą nie żyje-tutaj Paweł zrobił przerwę by zaczerpnąć powierza by kontynuować monolog – ale wyznaczył zastępcę, mnie –głos „nowego” Che-Gevaray jeszcze nigdy nie był tak spokojny i poważny ja w tej chwili.
-Wiem o wszystkich planach mojego poprzednika, o wszystkich jego przyjaciołach i wrogach. Powiedział mi także, że bez ciebie nie uda nam się obalić rządów Rydza, i jeśli moje słowa nie sprawią że uwierzysz w śmierć Artura i to że ja przejąłem dowodzenie po nim, to… w tym Momocie Paweł spuścił głowę ku ziemi po krótkiej chwili kontynuował.
-…to mam ci powtórzyć jego słowa- znowu nastała chwila ciszy i tak samo jak wcześniej Che-Gevara kontynuował-Przepraszam ale miałem nadzieje że do tego nie dojdzie ale jak widzę nie mam wyjścia. Miałem ci powiedzieć „misiek daj spokój oni są z nami, po naszej stronie. Kocham cię misiek”
Haker załamany powoli usiadł na krześle z którego wcześniej się zerwał, „długi” i Jędrzej stali jak słupy soli nie wierząc własnym uszom, ponieważ nikt z buntowników nie wiedział że Artur Che-Gevara był homo sensualistą, Paweł natomiast wciąż stał z głową opuszczoną ku ziemi i czekał na reakcje Radka, ten niesamowicie szybko zebrał się do kupy, teraz w jego oczach było widać nienawiść do systemu jaki rządzi tym krajem.
- Dobra jestem z wami. Proszę powiedz mi tylko jak zginą Artur- w trakcie gdy Radek rozmawiał z obecnym Che-Gevarą, „chudemu” zadzwonił telefon. To był Franek informujący go o przyjeździe OM.
-Komendancie mamy problem – „chudy” wyjął pistolet z kieszeni swojej kurtki
- Co. OMo ?
-Niestety.
Reakcja Radka na tą wiadomość była niesamowicie szybka jak na osobę, która przed chwilą dowiedziała się ze najdroższa dla niego osoba nie żyje
-Ma tutaj tajne wyjście –Haker nacisnął guzik umieszczony pod biurkiem, fragment ściana po prawej stronie od biurka zaczną się przesuwać odkrywając przed rebeliantami wąski korytarz. Cała czwórka, z Che-Gevarą na czele weszła do tajnego przejścia.
-Sam robiłeś ten tunel czy co ??
- Nie kazałem go zaprojektować architektowi
-Kurwa w takim razie OMo o tym wie i i ustawili ludzi z drugiej strony- Jędrzej zaczął panikować a lekka klaustrofobia mu w tym pomagała
-Mówił że nikt się nie dowie.
Na twarzy Pawła pojawił się nieznaczny uśmiech bynajmniej nie z tego że architekt nikomu nic nie powiedziała, ale z naiwności hakera.
-Widzę że nie poznałeś jeszcze metod z jakich korzystają OMowcy przy wyciąganiu informacji z ludzi.
Kiedy doszli do końca korytarza Che-Guevara pociągnął dźwignie która otwierała drzwi prowadzące na zewnątrz w tedy też po raz pierwszy Paweł usłyszał w swojej głowie usłyszałem w mojej głowie głos a raczej głowy dwóch osób o nieokreślonej płci.
-Uważaj z prawej trzech z lewej jeden. Paweł wyciągnąłem więc szybko swoje pistolety i zdecydowanym krokiem wyszedł z korytarza, i rzeczywiście z prawej stało trzech gliniarzy a z lewej jeden odwrócony do plecami i w dodatku był zajęty odpryskiwaniem się. Komendant szybko więc wycelował z obu pistoletów i wypalił do dwóch stojących najbliżej niego po prawej stronie policjantów
-Już wie.
Znowu te głosy Paweł nie miał teraz czasu na to żeby zastanawiać się skąd wzięły się te głosy. Lewa ręka w raz z bronią skierowała się w strona gliny po tej właśnie stronie a prawa zaczęła zmierzać w ostatniego z trzech który został po prawicy. Wszystko działo się tak szybko, że nikt ani ludzie Komendanta ani gliny nie zareagowali, i znowu tym razem oba strzały oddał jednocześnie, łuski skrzyżowały się zderzając ze sobą w locie a naboje, ich lot nie był widoczny dla żadnego stojącego tam człowieka, ale Paweł wiedziałem że trafiły idealnie w swoje cele. Policjanci przewrócili się i opadli na ziemi wtedy czas znowu zwolnił do swojego pierwotnego tępa
-Dobra robota.
Buntownicy nazywani przez fanatyków Rydza II „terrorystami” zaczęli biedź do auta a Przywódcy tak zwanych terrorystów w między czasie zaczęły przez głowę przelatywać tysiąc myśli naraz, ale tylko jedna była na tyle silna że przebiła się i z dominowała umysł Che-Guevary, zastanawiał się on skąd wzięły się głos w jego głowie. Myślał o tym tak intensywnie, że zaczął prowadzić wewnętrzny dialog z tymi głosami swojej głowie.
-Kim jesteście?
-Kim ? raczej czym ?
-Dobra czym jesteście?
-Zerknij do swoich dłoni
Che-Guevara po raz kolejny posłuchał tych głosów i zrobił to co nakazały, bo jak na razie go nie zawiódł i wtedy zorientował się, że jeszcze nie schował pistoletów, więc czym prędzej zaczął to robić.
-Czy wy jesteście…?
-Tak .Wcześniej pomagaliśmy Prorokowi ale teraz należymy do ciebie i to tobie będziemy pomagać.
Komendant nie wiedział co o tym wszystkim myśleć czy to prawda czy tylko początki Schizofrenii ale niebyło teraz czasu żeby się nad tym zastanawiać, musieli uciekać.
Marzenia
Paweł stał na środku ulicy był cały brudny i poplamiony krwią część należała do niego, ale przeważna większość to pamiątki po żołnierzach i oddziałach OMo. W rękach trzymał swoje dwa pistolety, których bał się każdy, kto nie stał po stronie Che-Guevary i rewolucji.
Wszystko to było by normalne gdyby nie fakt iż po prawicy jak i po lewicy Pawła stali komandosi celowali do niego, podobnie było z budynkami, co chwile w jakimś oknie i na jakimś dachu pojawiała się sylwetka kolejnego z komandosów będących na usługach Rydza II widok ludzi w czarnych mundurach i czarnych kaskach z różnoraka bronią ciągnął się przez całą ulice aż do głównej siedziby ojca dyrektora dystans jaki dzielił Pawła od tej budowli wynosił jakieś 500 metrowe, on sam po jednej stronie ulicy z wycelowanymi lufami karabinów w każdy jego członek, a po drugiej stronie stało ON człowiek który rządził całym krajem w jednej chwili mógł zmienić ludzki sposób postrzegania na daną osobę, przedmiot lub zjawisko za pomocą tylko jednej krótkiej audycji radiowej.
Paweł nie bacząc na to że jest sam, a po stronie dyrektora tysiące, ruszył w jego stronę. Szedł spokojnym marszowym krokiem nie bacząc na to że coraz to nowi komandosi celują w niego swoja bronią, coraz to nowe światełka z karabinów snajperskich pojawiają się na jego ubraniu. Nie przerażało go to, nie przerażało go już nic, szedł śmiało na spotkanie ze swoim losem ,chciał zrobić tylko jedno wycelować i pociągnąć za spust, strzelić żeby zabić, jego celem był Rydz II człowiek, który sprowadził całe to zło na jego kraj. Przywódca buntowników był coraz bliżej i bliżej swojego wroga, kiedy dotarła na odległość około 100 metrów od swojego celu zaczął słyszeć kroki za swoimi plecami równe spokojne w takim samym tempie jakie on stawiał, odwrócił nieznacznie głowę żeby zobaczyć co dzieje się za nim i ujrzał że wszyscy komandosi, których już minął idą za nim z wycelowaną bronią w swój cel, ale tym celem nie był teraz Paweł tylko osoba stojąca prze nim.
Na twarzy buntownika pojawił się lekki nieznaczny uśmiech, odwrócił on z powrotem głowę i kontynuował marsz w stronę Rydza, każdy żołnierz i policjant, którego mijał od razu dołączał do oddziału idącego za Che-Guevarą. Kiedy Komendant doszedł do swojej ofiary wszyscy już celowali w Rydza, na jego ciele nie zostało żadne wolne miejsce w, które nie celowała by lufa czyjejś broni. Paweł podniósł swoje pistolety i nie mówiąc nic pociągnął za oby dwa spusty, gdy z nich wypalił, wtedy wszyscy jak na komendę zaczęli strzelać do tak wcześniej ukochanego przez nich ojca dyrektora, ten zaś miotając się od wszystkich kul, które zagłębiały się w jego ciele, nie przestawał patrzyć w oczy Buntownikowi, który miał za sobą tak wielką rzesze sprzyjających mu ludzi. Paweł wiedział o tym ze Rydz spogląda mu w oczy dla tego Che-Guevara patrzył w oczy ojcu dyrektorowi, nie przestając przy tym strzelać. Wystrzelił już chyba z Miljon naboi, nie ruszając się przy tym z miejsca i ani razu nie zmieniając magazynków, łusek jednak w ciąż było za mało na ziemi, Che-gevara chciał pokryć całą drogę łuskami tak by asfaltu był niewidoczny, wtedy będzie miał pewność że Rydz nie żyje. Strzelali aż jego plan się ziścił droga mieniła się od różnych kolorów, złotego, zielonego, srebrnego, czerwonego, niebieskiego, na ziemi leżał chyba każdy z rodzajów rodzaj łuski o jakim tylko człowiek mógł zamarzyć, a Rydz? Rydz opadł na kolana ostatni raz spojrzał w oczy Pawłowi i upadł na twarz. To zaskakujące pomyślał Paweł, że po takiej ilości nabojów coś jeszcze z niego zostało.
Wszyscy ludzie zaczęli wiwatować zewsząd było słychać odgłosy wystrzałów w powietrze, wrzasków i okrzyków radości z domów, bloków i biur ludzie zaczęli masowo wychodzić na ulice by razem z plutonem egzekucyjnym Dyrektora, cieszyć się i radować z obalenia tyrana, ale czujny wzrok Pawła wypatrzył coś, jakąś sylwetkę w oknie siedziby ojca dyrektora. Komendant nie zważając na radość tłumu poszedł w tamtym kierunku, nie musiał przepychać się między ludźmi, oni instynktownie odsuwali się przed Che-Guevarą, by zrobić mu przejście, wyglądało to tak jak by otaczała go jakaś magiczna aura odpychająca wszystkich ludzi od niego. Paweł w końcu dotarł pod drzwi budynku wszedł do środka i ruszył przed siebie jego długie włosy kołysały się w rytm jego kroków, z jego pistoletów wciąż unosiły się ledwo widoczne smugi dymu. Buntownik wszedł do windy, nacisnął odpowiedni guzik i już po chwili znalazł się na piętrze na, którym zobaczył tą dziwną postać, wyszedł z windy i skierował się w lewo. Szedł bogato zdobionym korytarzem, gdzie na ścianach co kawałek wisiały jakieś obrazy, portrety bądź stały jakieś rzeźby lub eksponaty, na podłodze rozwinięty był czerwony bardzo miękki i wyglądający na równie co do swojego wyglądu drogi dywan Che-Gevatra w końcu dotarł do pięknie zdobionych drewnianych drzwi.
Chwycił za klamkę i otworzył je, spokojnie nie bojąc się o to czy zginie czy też nie, nie interesowało go już to, zrobił przecież co miał zrobić, wypełnił obietnice, która złożył swojemu poprzednikowi, zabił zło które toczyło ten kraj, ze spokojem ducha zaglądał wiec do tego pokoju. Kiedy otworzył drzwi ujrzał, że na środku pokoju stoi jakiś mężczyzna, stał on twarzą skierowaną w styrane okna i patrzył z nałożonymi za plecami rękoma na ludzi cieszących się ze śmierci tyrana. Mężczyzna ubrany był w czarną sutannę, najprawdopodobniej był on księdzem jednym z pomocników Rydza II, Paweł niewiele się zastanawiając podniósł prawą rękę i wycelował swoim pistoletem
- To już koniec ojczulku pora się pożegnać – powiedział buntownik stojący o kilka metrów od księdza i celując w jego głowę
-Nie. To dopiero początek mój synu.-głos księdza był spokojny i a jego głos dziwnie znajomy dla Pawła. Wiedział on że już słyszał ten głos i to nieraz, ale nie mógł sobie przypomnieć kot był właścicielem tego głosu.
- Wielu było przed tobą i wielu będzie po tobie- kontynuował dziwnie znajomy głos księdza
- Na miejsce jednego tyrana przychodzi następny. Zapamiętaj to sobie chłopcze. Zapamiętaj byś nie był gorszy niż twój poprzednik –Tak. „poprzednik” Paweł teraz już wiedział skąd zna ten głos, ale było już za późno ksiądz się odwrócił, przed Pawłem stanął przebrany za księdza jego dawny mistrz i nauczyciel Che-Gevara.
-Ale ty przecież nie żyjesz- młody buntownik z trudem wydusił z siebie słowa, nie wiedział co ma zrobić w takiej chwili ani jak się zachować, Che-Gevara przygotował go na dużo różnych rzeczy, ale nie na cos takiego.
-Wiem…-mistrz podniósł rękę i wycelował do Pawła z takiego samego pistoletu jaki on dzierżył wtedy właśnie. Paweł zorientował się że drugi jego pistolet zniknął- …i to jest właśnie najpiękniejsze – dokończył nauczyciel Pawła
Paweł chciał pociągnąć za spust ale jakaś dziwna nieznana siła nie pozwalała mu na wykonanie chodź by najmniejszego gestu. Paweł był tak jak by sparaliżowany.
-Posłuchaj mnie uważnie młody, teraz losy Polski zależeć będą od ciebie. Musisz zrobić wszystko by tego nie spartolić i by zbyt szybko jakiś oszołom cię nie załatwił. Zrozumiałeś?
-Tak. Zrozumiałem- te słowa również z trudem przecisnęły się przez gardło buntownika.
-To dobrze. Zapamiętaj to sobie bo więcej tego nie powtórzę. A teraz spadaj.
Po tych słowach Che-Gevara pociągnął za spust i rozległ się potężny huk i towarzyszący temu błysk. Kula w początkowej fazie lotu leciała bardzo powoli, wystarczająco wolno by buntownik mógł się jej uchylić, ale wciąż coś nie pozwalało mu się ruszyć. Gdy kula była już kilkadziesiąt centymetrów od jego ciała przyspieszyła do swej naturalnej prędkości i zderzyła się z ciałem Pawła..
-AAAA!!!!
Paweł zerwa się z łóżka wrzeszcząc jak opętany, pot lał się z niego strumieniami, na jego twarzy było widać przerażenie, rękami badał ciało by sprawdzić czy rzeczywiście ma jakąś ranę, po tym dziwnym spotkaniu. Nie na szczęście nie było żadnej rany, to był tylko zły sen, Paweł nieco się uspokoił, zmęczony padł z powrotem na łóżko, zastanawiając się jak mogło mu się przyśnić, że Che-Gevara żyje, jak?
Przecież umarł on Pawłowi na rękach.
KONIEC

2 komentarze:
Opowiadanie fajne :] Czekam na dalszą część. -> Dominika
A ja skomentuje to dokładniej, ale nie tu xD
Ventis
Prześlij komentarz